Kochana Aguchu!
Piszę do Ciebie po tak długim czasie, za co najmocniej przepraszam. Dni płynące tak szybko, nasza maratonowa praca aż do nieoczekiwanych wakacji – wszystko to zdarzyło się od kiedy pisałaś do mnie ostatnio. Jeszcze pamiętam, jak wspominałaś o początkach silnie wiejącego z nad Sahary harmatanu, a teraz już na powrót świat wokół przybrał barwę zieleni. Co prawda nasze 35
stopni Celsjusza nie ustępuje, ale i burze potężne odwiedzają nas coraz częściej. Chwała Bogu!
Czas upłynął, ale ja wciąż nie mogę zapomnieć jednego niezwykłego, lutowego dnia, kiedy to obchodziliśmy moje urodziny. Nie byłoby się czym chwalić, gdyby nie fakt, że ten niepozorny dzień zwykle witał mnie gęstym mrozem i śniegiem, często w górskim krajobrazie. Tym razem… na niebie zaświeciło mocne słońce. To było piękne, wiesz? Poranna niedzielna Msza Św., odśpiewane dla mnie przez chłopców „sto lat!”, a zaraz potem ghańskiej tradycji stało się zadość: zostałam doszczętnie zlana wodą. Wiaderka, miski, kubki, butelki i innego rodzaju wodna amunicja wylądowała na mojej głowie ku niemałej uciesze atakujących. Cóż, chłopcy mieli frajdę, a ja nie żałowałam, że zima omija tę szerokość geograficzną. Kolejną niespodziankę zafundowali mi gospodarze oratorium. Pamiętasz to odśpiewywane dla Ciebie cienkim głosikiem „happy birthday” w listopadzie? Tym razem i ja usłyszałam nasz dziewczęcy chórek i ok. 200 uśmiechniętych dzieci, które wyrażało radość. Że jestem. To najpiękniejszy prezent, jaki mogłam dostać.
Tymczasem w oratorium ostatnio wiele się dzieje. Lutowy konkurs rysunkowy pod hasłem „Kim chcę zostać w przyszłości?” wyłonił mnóstwo talentów. Dzieci zaskakiwały techniką, kolorami, ale i wyobraźnią przedstawianych przez siebie zawodów. Był policjant, nauczycielka, lekarz, sprzedawca, bankier, rolnik, a nawet lotnik. Każde dziecko mówiło potem, dlaczego wybrało tę właśnie profesję. Widać, że wiele z nich myśli o pomocy swojej rodzinie, o rozwoju kraju czy ratowaniu ludzi, ale mnie podobały się także odpowiedzi z cyklu zabawnych, np. „Chcę zostać policjantem, bo zdaje się, że to frajda.” lub „Chcę być astronautą, by móc oglądać pogodę.” Urocze.
Ostatni konkurs również cieszył się niemałym powodzeniem. „Puzzle competition” – pod takim hasłem zebrałyśmy ok. 20 dzieci, które mierzyły się z dwoma poziomami trudności układanych puzzli. Przyznam, że gra ta robi zawrotną karierę nie tylko w oratorium, ale i na naszych kuchennym stole, wciąż zawalonym setkami płaskich kartoników. Dzieci także bawiły się świetnie. Radziły sobie w różnym stopniu, ale przy drobnych wskazówkach, potrafiły ułożyć cały bajkowy rysunek. A Ty kiedy skończysz te francuskie Alpy? Spokojnie, masz jeszcze parę miesięcy…
Z oratoryjnych wieści porusza tylko fakt, że nasze Zongo stoi puste. Teren szkoły nie został nam przydzielony, a wyprawy w głąb muzułmańskiego świata tysiąca dzieci zdarzają się ostatnio coraz rzadziej. Tęskno za tym. A Tobie?
Wiem, ze tak. Wiem jednak także, że w ostatnim miesiącu pochłonęły nas dodatkowe obowiązki. Tak to jest, gdy rodzina się powiększa…
Zaczęło się pewnego piątkowego popołudnia, gdy na naszym podwórku pojawił się samochód z piątką chłopców. Siostry zakonne, pracujące w Kumasi, od których wzięliśmy już wielu wychowanków, poprosiły o przygarnięcie kolejnych kilku. Pamiętam, jak zastanawiałyśmy się , w jakim będą wieku, jak bałyśmy się, że nie poradzimy sobie z najmłodszymi. Gdy zobaczyłam piątkę chłopców, niewiele wystających powyżej mojego pasa, pomyślałam niepewnie „no to będzie wesoło”. Z biegiem dni, okazało się jednak, że Opatrzność wyraźnie nad nami czuwa. W pierwszych tygodniach chłopcy nie chodzili do szkoły, a naszym zadaniem było stwierdzenie poziomu ich umiejętności i zapału do nauki, o który akurat nie jest łatwo. Teraz miałyśmy zdwojoną pracę poranną, bowiem wciąż jeszcze trzeba było zajmować się nowymi – Emmą i Eric’iem. Codzienne lekcje z matematyki i angielskiego pokazały jednak, że nasza „piątka z Kumasi” to bardzo grzeczni i staranni chłopcy. Wręcz zaczęłyśmy – słusznie – się obawiać, że reszta wychowanków Boys Home sprowadzi ich na złą drogę. Michael (który poszedł do piątej klasy) i Kwame(który trafił do trzeciej) pokazali rogi po dwóch tygodniach i zdarza im się zapominać o swoich obowiązkach czy posłuszeństwie. Emma, będący w klasie czwartej, okazał się być bardzo obowiązkowy. Przez pierwsze dni, każdego wieczoru siadałam z nim do lektury książek. Wciąż ma problemy z czytaniem, a jednak jego upór mi zaimponował. Powiedział, że zamierza czytać codziennie, by być coraz lepszym. Piękne. Pozostali dwaj chłopcy także nie sprawiają większych problemów. Issac jest bardzo cichy. Nie zna dobrze angielskiego, a mimo to uczęszcza teraz do trzeciej klasy. Nie wszystko rozumie, ale zawsze starannie odrabia zadania. Poza tym pięknie rysuje. John, czy raczej w ghańskiej wersji – Kojo, jest najmniejszy. Jego wysłaliśmy do drugiej klasy, w której na pewno świetnie sobie radzi. Jest bardzo bystry i wiele w nim uporu, by osiągnąć to, czego chce. Ostatnio zasiadł nawet ze starszymi do konkursu z tabliczki mnożenia, który co tydzień im organizujesz, i nie zważał na to, że jeszcze wiele nie umie. Stara się i wiem, że wiele dobrego z tego przyjdzie.
Taka to nasza nowa gromadka. Najważniejsze jest to, że szybko przyzwyczaili się do nowego środowiska. Pozostali chłopcy przyjęli ich dobrze i chociaż wielu z nich ma bardzo ciężkie przeżycia z niedalekiej przeszłości – pijaństwo czy śmierć rodziców, brak opieki nad nimi – to jednak na co dzień uśmiechają się szeroko i nie okazują słabości. Silne te nasze dzieci, prawda?
Tak też mijały ostatnie tygodnie wytężonej pracy, które – musze wspomnieć – ubarwiłyśmy chwilowym odpoczynkiem w dwóch przepięknych miejscach. Najpierw była to wyprawa nad przepiękne jezioro Bosomtwi, malowniczo położone godzinę drogi na południowy wschód od Kumasi. Nie będę wspominać, że nasze dotarcie tam poprzedziła najstraszliwsza burza, jaką kiedykolwiek przeżyłam, bo finał był niezwykle szczęśliwy. Wokół zielone wzgórza, cisza, spokój, słońce i radość. Ghańskie krajobrazy to naprawdę coś, co zapiera mi dech w piersiach.
Ostatni weekend był na to kolejnym dowodem. Razem z innymi wolontariuszami i x Piotrem, wybraliśmy się na jednodniową wycieczkę rekolekcyjną. Rankiem powitało nas Krosto Buase – miejsce, w którym znajduje się klasztor benedyktyński. Zalesiony teren i olbrzymie głazy, wznoszące się dookoła, przywiodły Cię do jednej myśli: to taki ghański Tyniec. Msza Św. pod skalnym zadaszeniem, chwila skupienia, a potem piesza wędrówka na szczyt otaczających głazów były dla mnie wielkim przeżyciem, choć miejsce to miałam szczęście widzieć po raz drugi.
Potem jeszcze niezwykła wyprawa do „sanktuarium małp” – olbrzymiego lasu, gdzie karmiliśmy małpy, spadające nam z gałęzi oraz wodospad w Kintampo – dopełniły nasz dzień odpoczynku.
Wszystko płynęłoby więc pięknie własnym codziennym torem, gdyby nie dzień niepodległości Ghany, który obchodziliśmy 6 marca. Choć to niedawno, pamiętam ten dzień, jak przez mgłę, bo przytomność umysłu przysłaniała mi malaria, ale Ty wybrałaś się z naszą czterdziestką chłopców na basen. Opowiadałaś, jak dobrze się bawili, choć przyznać to trzeba – Ghańczycy pływać nie potrafią, więc bałaś się o ich wygłupy. Dobrze jednak, że cieszyli się dniem, bo w kolejnym tygodniu zaczęło się coś nieoczekiwanego.
We wtorek, a było to dwa tygodnie temu, chłopcy przyszli po dwóch godzinach ze szkoły i pewne było, że coś się święci. Szybko odpowiedzieli na nasze domysły: nauczyciele ogłosili strajk! Odtąd każdy dzień stał się niepewny – wrócą jutro do szkoły czy nie wrócą? Po dwóch dniach było jasne, że nauczyciele nie mają najmniejszego zamiaru pokazać się w klasach, dopóki rząd nie podwyższy pensji o 30%. Podobno obiecał im przed wyborami 15%, czego oczywiście nie spełnił. Sytuacja całkiem - niestety – naturalna także i w Polsce, a jednak tutaj ludzie mocno się zawzięli. Każdego dnia w radio ogłaszali, że szkoły nie zaczną pracować, dopóki nauczyciele nie zobaczą pieniędzy. Ta absurdalna sytuacja sprawiła, że tydzień temu musieliśmy odesłać chłopców na „przymusowe wakacje”. Czwartkowego poranka wsiadłaś do autobusu z dwunastką najmłodszych i wyruszyłaś z powrotem do Kumasi. Mimo, że chłopcy cieszyli się z obrotu sytuacji wiem, że niełatwo było im zostać u sióstr, które opiekują się nimi z całą miłością, ale nie mają tak wielu możliwości zorganizowania im czasu. Dom ten opiekuje się wieloma chorymi i niepełnosprawnymi– nie tylko dziećmi, ale i dorosłymi. Zdaje się być trudnym miejscem, co widać zawsze po minach naszych wychowanków, gdy wygląda się zza szyby odjeżdżającego samochodu.
Don Bosco Boys Home opustoszał więc na moment, choć z nadzieją patrzę w przyszłość, bo z radio już słychać głosy, że w poniedziałek nauczyciele wracają do szkół. Bądźmy dobrej myśli.
Z pozdrowieniami,
Twoja A.
PS …tak slowo, ktore wychodzi z ust moich nie wraca do Mnie bezowocnie, zanim wpierw nie dokona tego, co chcialem, i nie spelni pomyslnie swego poslannictwa. /Iz 55,11