Opieka nad dziećmi z Salezjańskiego Domu dla Chłopców Ulicy w Sunyani (Ghana) – kontynuacja.

Przystanek Ghana

Kochana Anku!

Minął kolejny miesiąc w Polsce, choć śniegu jeszcze nie widać, to wszyscy wyglądają w prognozie pogody, kiedy nadejdzie ten dzień. Tymczasem, kiedy wyjmuję z szafy coraz cieplejsze swetry, skarpety i czapki, myślami ląduję w Afryce, w Ghanie, w Sunyani, gdzie zaczynał się właśnie harmatan. Nocne chłodne, a za dnia lał się żar z nieba. Wtedy trudno nam było pojąć, że nie zobaczymy śniegu w święta, choć i temu udało się zaradzić, dzięki przesyłce z Polski, w której odnalazłam puszkę sztucznego śniegu – bananowiec wyglądał przepięknie w tej białej szacie. I choć takie wspomnienia, urywki przeszłości wracają za każdym razem, kiedy spojrzę choćby na album ze zdjęciami, to szczególnie żywo powraca nasza Ghana, kiedy mówię o niej głośno.

Masz całkowitą rację, że Kraków z Poznaniem ani na kilometr nie zmieniły dystansu, jednak pewnego wieczoru udało nam się spotkań z przechodniami, którzy w swojej codziennej podróży zatrzymać się razem z nami na PRZYSTANKU GHANA. W niedzielny wieczór (27.11) spotkaliśmy się w ArteFakt Cafe przy ulicy Topolowej. Frekwencja była większa, niż mogłabym przypuszczać. W tłumie, naprzeciw którego stanęłyśmy, widać było znajome twarze, ale nie tylko. Spora grupa przybyłych, to uczestnicy festiwalu Travenalia, również zaproszeni na spotkanie. Po rozłożeniu całego sprzętu, poprawianiu kabli, zdjęć i ustawieniu kanapy, by niektórym się jeszcze wygodniej siedziało, rozpoczęłyśmy podróż w czasie…

Najpierw mapa, potem kilka słów wstępu i zaprosiłyśmy wszystkich, by zajrzeli do naszego Sunyani, poznali chłopaków, historie niektórych z nich, a w tym wszystkim przeplatającą się i naszą – Ghana 2010/2011. 365 dni w kalendarzu nie mijało ani za szybko, ani zbyt wolno, a ta sama historia opowiedziana w 90 minut to krótko czy długo? Na to pytanie mogą się wypowiadać tylko słuchacze, którzy uśmiechali się na widok Tiny, która pochodzi z Bolgatangi, którzy z przyjemnością widoczną na twarzach słuchali o tym, że „it’s always more fun to share with everyone”. No ale wcale nie inaczej zareagowali, kiedy pojawiła się na ekranie prezentacja, a w głośnikach słychać hity ghańskie i nie tylko – tupali do rytmu, no ale dlaczego się dziwić, skoro „it’s time for Africa!”.

Znasz każdą z opowiedzianych tego dnia historii na pamięć, znasz je, bo byłaś ich częścią. Ci, którzy dotarli tego dnia na Topolową, stali się również częścią tej historii, bo czy naznaczyłyśmy jej koniec wylotem z Ghany? Mam wrażenie, że nie, tym bardziej, że ilekroć opowiadam te same zdarzenia, albo przypominam sobie kolejne, wspomnienia stają się żywe, nawet nie z wczoraj, ale z dziś. Kiedy w drzwiach słyszę Philipa czy Petera, proszących o kolejne plastry, a po południu wybierzemy się do Zongo, odwiedzić naszych małych przyjaciół.

Wizyta na PRZYSTANKU GHANA dobiegła końca, każdy spojrzał na rozkład jazdy i ruszył w swoją stronę. Każda rzecz ma przecież swój czas.
Agucha

PS. Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! (Mk 16, 15)

365 dni, 4 oczy i 1 Ghana

Kochana Aguchu,
Pamiętasz, jak pisałam do Ciebie ostatnio..? Ghańskie słońce budziło nas jeszcze co rano, a nocny stukot kropli na dachu przypominał o porze deszczowej. Napisałam wtedy, że to mój ostatni list do Ciebie z Czarnego Lądu…
Dziś mijają już 3 miesiące odkąd wróciłyśmy do Polski, ale ja myślami wciąż uciekam daleko, na sąsiedni kontynent. Zastanawiam się, co zmieniło się w Boys Home, czy może trafili tam nowi wychowankowie? Wspomnienia prowadzą mnie do małego Erica i Gabriela, którzy we wrześniu po raz pierwszy poszli do szkoły. Pamiętasz, marzyło nam się zobaczyć ich w szkolnych mundurkach… Ciekawi mnie, czy Philip wciąż pajacuje, a  Albert robi głupie miny, czy Johnson nadal tak pięknie się uśmiecha, a Evans pisze niestworzone historie, zamiast odrabiać lekcje. Czasem chciałabym przemierzyć wzrokiem tysiące kilometrów, by choć na chwilę zobaczyć, jak radzą sobie nasi rozbójnicy.
Piszę do Ciebie, bo choć do Ghany wciąż tak samo daleko, wczoraj wieczorem poczułam, że znów tam jestem, w naszym Sunyani. Teraz chcę zabrać Ciebie w podobną podróż. Co Ty na to?
Jeszcze niedawno byłoby to dużo prostsze:  usiadłabym obok Ciebie i opowiedziała o wszystkim, ale dziś nie tylko Ghana wydaje się odległa.  Kraków, w którym mieszkasz, przez rok także nie zmienił swojego położenia i wciąż dzieli go 8 godzin pociągiem od mojego Poznania. Nie martw się – kiedyś wymyślą tę maszynę do podróży w czasie  i przestrzeni!
Tymczasem skupię się na długoletniej tradycji słowa pisanego…
Otóż, w minioną środę 26 października, zostałam zaproszona do jednej z poznańskich kawiarni, by opowiedzieć o swoim doświadczeniu misyjnym. „Cafe Misja” przyciąga nie tylko swoją nazwą i oryginalnym wystrojem, ale przede wszystkim możliwością spotkania ludzi, którzy przemierzyli świat. Nie należymy jeszcze do tego kręgu, ale Międzynarodowe Forum Współpracy Rozwojowej, trwające przez ostatni tydzień w Poznaniu , znalazło miejsce w swoim programie także dla naszego Domu dla Chłopców Ulicy.
Wielką radość sprawił mi widok szerokiego grona wolontariuszy z naszej organizacji, ale też Redemptoris Missio i Akademickiego Koła Misjologicznego. Niewielka sala zapełniona była po brzegi również za sprawą innych zainteresowanych, którzy być może nigdy wcześniej nie słyszeli o podobnych wyjazdach. To właśnie było najpiękniejsze: ludzie, którzy przyszli, by poznać moją prostą historię. Naszą historię.
Po krótkich informacjach geograficzno-kulturowych, zaprezentowałam minione 365 dni na zdjęciach. Nasze radości i wyzwania, zabawy i praca, wzbudziły szeroki uśmiech publiczności, który był dla mnie zachętą do dalszych opowieści. Mówiąc miałam wrażenie, że znów jestem w Ghanie, że za rogiem czekają rozbójnicy, a Ty wołasz mnie na kolejne zajęcia. Stałaś tam przy mnie, wiesz? Półtorej godziny słów, obrazu i dźwięków wystarczyło, by przywołać wspomnienia, a zgromadzonym dać szansę poznania choćby niewielkiej cząstki ghańskiej rzeczywistości.
I oto, kiedy skończyłam, stała się rzecz niezwykła: młode małżeństwo podeszło do mnie, by porozmawiać. „Chcielibyśmy zamieszkać w Ghanie” – powiedzieli, a ja usiadłam z wrażenia. Poszukując informacji, natrafili na moją prezentację i postanowili dowiedzieć się jeszcze więcej o życiu w Ghanie. Pogrążyliśmy się w długiej rozmowie o sytuacji gospodarczej, możliwości pracy, zamieszkania, ale też urokach kraju i jego bogactwie kulturowym. To było naprawdę niezwykłe doświadczenie, zupełnie niespotykane. Ale, jak powiedzieli, jeśli cel jest dobry, wszystko się uda, bo Ktoś czuwa.
I ja mówię, że nieprzypadkowo, pewnego dnia, może dwa lata temu, postanowiłyśmy razem wyruszyć do Ghany. Nie bez powodu przeżyłyśmy 365 dni zupełnie nowych doświadczeń i trudnych wyzwań na Czarnym Lądzie. To nie był przypadek, że znalazłyśmy się tam razem. I chociaż teraz naprawdę mogłabym wrzucić ten list do skrzynki pocztowej, bo dzielą nas setki kilometrów, ja wiem, że jest w tym Boży zamysł.
Bądź zawsze radosna!
Twoja A.
PS Zaczekaj cierpliwie na zdjęcia.
PPS „W nadziei bowiem już jesteśmy zbawieni.” /Rz 8,24a

Chłopaki nie płaczą

Kochana Aguchu,

jeszcze nie mogę w to uwierzyć, ale to już ostatni list, który piszę do Ciebie z Czarnego Lądu. Za kilka dni skreślimy 365 dzień w kalendarzu, który oznaczał będzie koniec naszej misyjnej drogi po Ghanie. Dasz wiarę? Jeszcze niedawno pakowałyśmy walizki, odmierzając 46 kilogramów, a dziś te same walizki czekają na zabranie do Polski…
Wczoraj obudziłam się znacznie później niż co dzień. Nienaturalna cisza pod oknem przypomniała, że to już koniec. Nie było słychać wykrzykiwanych zwykle „Ania! Agnes!”, nikt nie czekał pod oknem, by rozpocząć z nami kolejny dzień nauki i zabawy. Właściwie nic takiego, nieraz już przecież odbywały się wakacje, święta czy przerwy semestralne. A jednak w tyle zaspanego jeszcze umysłu, coś podpowiadało, że teraz będzie inaczej. Dwa dni temu chłopcy pożegnali się z nami i wyjechali z Boys Home.
Teraz nasz dom świeci pustkami, dlatego wezmę Cię na spacer w niedaleką przeszłość, która pomoże zrozumieć, jak to się stało…

Ostatni miesiąc był jak pędzący pociąg. Czas jakby przyspieszał. Dopiero co pisałaś o Asi i Gosi, które zdobyły się na przyjazd tu i odwiedzenie nas, a dziś już zmierzają z powrotem do Polski. Muszę przyznać, że ich pobyt nadał kolejnych barw temu domowi i pomógł nam na nowo odkryć Ghanę.
- A kiedy przychodzi zwykle listonosz? – zapytała Asia, czekając na korespondencję.
- Nigdy. Tutaj taki zawód nie istnieje. – z uśmiechem przypomniałam sobie po kilku miesiącach.
Dziewczyny spędziły sporo czasu z naszymi chłopcami, ale pomagały też w parafialnym oratorium. Coraz śmielej stąpając po ghańskiej ziemi, wyruszyły nawet na podbój wodospadów w Kintampo. Ich szczęśliwy powrót to zasługa nie tylko Twoich skrzętnych notatek, ale i ich niewątpliwej orientacji w terenie. Brawo!
Niestety przygody Asi i Gosi dobiegły już końca i o kolejnych kluskach śląskich możemy sobie tylko pomarzyć.

Tymczasem kukurydza pod naszym oknem przerosła wszelkie ludzkie wyobrażenie, a wraz z nim także i wzrost. Nie wiem, czy to wynik ostatnich obfitych deszczy w naszym  regionie, czy raczej upór, by sięgnąć nieba, w co – z wiadomych przyczyn – także mogę uwierzyć. Tak czy inaczej nie potrzebujemy już zasłon w oknach, bo zielone badyle same postanowiły przysłonić nam świat.

Na szczęście kukurydza nie przysłoniła umysłów naszych chłopców, którzy w ostatnich tygodniach przysiedli do nauki jak nigdy przedtem. Końcowe egzaminy to sprawdzian umiejętności z całego roku, dla niektórych kończącego także szkołę. Powoli spływają już wiadomości od nauczycieli – wyniki chłopców są zadowalające i mogą liczyć na kolejny rok nauki, co w porze wakacji niekoniecznie jest dla nich istotną informacją. Ważniejsze jednak, że od przyszłego semestru, po raz pierwszy w życiu szkolne mundurki ubiorą także nasi najmłodsi – Eric i Gabriel. Nieco ponad tydzień temu przyszli do nas z koszulami do zaszycia, w oczach mając lęk przed nieznanym. Nazajutrz pisali egzaminy wstępne do szkoły podstawowej. Zdolności Erica pozwalały mu pójść spokojnie do pierwszej klasy, Gabriel natomiast będzie już w trzeciej. Okazało się, że chłopcy pięknie zdali egzaminy, podobno najlepiej w historii Boys Home. W moim sercu wybrzmiała niesamowita radość i wiem, ze Twoje biło podobnie. Po wielu zmaganiach z naszymi rozbójnikami, ich humorami, wybrykami czy niechęcią, okazało się, że nasza praca nie poszła w las, a co najwyżej w kukurydzę. Cieszę się, wiesz? Szkoda, że ich nie zobaczymy we wrześniu. To bystre chłopaki, poradzą sobie na pewno.
Eric wziął nawet udział w naszych ostatnich konkursach z tabliczki mnożenia i za drugim razem popełnił już tylko trzy błędy. Mam nadzieję, że chłopcy nie zapomną przez wakacje, ile jest 3 razy cztery. Ja, choćbym chciała, nigdy nie zapomnę tej liczby, która przypominać mi będzie o każdym miesiącu w Boys Home.

Z cyklu „ostatnich” na równo wykoszonej trawie, odbył się także ostatni turniej piłki nożnej i koszykówki. Na boisko wkroczyły dwie drużyny, żółta i zielona flaga z logo Boys Home oraz kilku kibiców. Pośród nich Ty i ja, po raz kolejny nie mogące się napatrzeć na wytrzymałość chłopców, których nie zmęczyła nawet niemal dwugodzinna gra. Goli nie padło zbyt wiele, tym łatwiej było zwrócić uwagę na tańce zwariowanych kibiców – Justine’a i Emmanuela. Boisko do koszykówki przysporzyło podobnej rozrywki, tym razem i w Twoim wykonaniu. Cóż, chłopcy nie znają za bardzo zasad tej gry, toteż zabawy było co niemiara. Ostatecznie, zasłużeni zwycięscy zeszli triumfalnie z betonowej sceny. W przyszłym roku czekają kolejne podboje.

Dalszy ciąg szalonych tańców toczył się już na tradycyjnym parkiecie. Impreza pożegnalna odbyła się w dzień przed opuszczeniem przez chłopców murów Boys Home. Od rana na ruszcie pojawiła się, ładnie mówiąc, wieprzowina, a już po południu ostatnie przygotowania zwiastowały muzyczną zabawę. Wśród zaproszonych gości pojawiła się cała wspólnota salezjańska, by razem z nami świętować koniec naszej wspólnej drogi. Stanęłam wtedy przed naszymi rozbójnikami i nie wiedziałam, które z moich myśli wybrać. Zbyt wiele się zdarzyło, zbyt wiele wspomnień, trudów, radości i przygód. Postanowiłam więc przypomnieć im o tegorocznych osiągnięciach. Być może dla nich są jednymi z kolejnych, powtarzających się co roku, ale dla nas były wyjątkowe i jedyne. To, co udało im się zdobyć, na zawsze pozostanie także naszą zdobyczą. I chociaż za tydzień wyjedziemy wiem, że pewnego dnia o nieznanej godzinie, spotkam choćby jednego z nich, by uśmiechnąć się widząc jego sukces. Za to już dziś dziękuję Bogu, wiesz? I zawsze będę.

Zapakuj ostatnią walizkę, ale nie zapomnij włożyć do niej wspomnień całego roku, które – jak na niebie tęczę – razem wymalowałyśmy.

Szerokiej drogi, Przyjacielu!

Twoja A.
PS Siedząc na ławce i obserwując oddalających się chłopców nie byłam smutna. Im także do głowy nie przyszło, żeby płakać. Wzięli torby i poszli, niemal nie mówiąc „do widzenia”. To tyle ghańskie, ile Boys Home’owe, rzekłabym. I tylko mały Eric obracał się przez ramię co parę kroków. Bóg jeden wie, o czym wtedy pomyślał…

„I wyprowadził lud swój wśród radości, wśród wesela – swoich wybranych.”/Ps 105,43

Misja HAND MADE

Witaj Przyjacielu!

Znikające kartki z kalendarza wskazują, że czas mija nieubłaganie, również ten, kiedy odczytałam Twój ostatni list. Choć wydarzenia, które naznaczyły początek czerwca są tylko wspomnieniem, to jednak w sercach piątki ochrzczonych z Sunyani na zawsze została wlana wiara. My od tego czasu możemy się tylko radować, że nasza wspólnota zwiększyła się o pięciu członków – Joseph, Atta, Michael, Emmanuel, Timothy. Szczególnie ten ostatni promieniuje nieznanym mi dotąd szczęściem.

Kilka dni temu rozpoczęłyśmy nasz jedenasty miesiąc w Ghanie i nawet bym tego nie zauważyła, gdyby nie obchodzone z dokładnością kalendarzową, święta kościele czy narodowe, uroczystości. Podczas, kiedy w głowie wciąż wspomnienia afrykańskich pierogów z barszczem, noworocznego szukania żółwi czy ghańskich pisanek, ogłoszenia parafialne nawoływały, że oto zbliża się Boże Ciało (Uroczystość Ciała i Krwi Pańskiej). Nie było to jednak w czwartek (jak przystało na Polskę), a w niedzielę. Dokładniej jednak rzecz ujmując, salezjańska parafia zaprosiła mieszkańców z wszystkich wiosek, na uroczystości trwające aż trzy dni. Sama procesja wydaje się być znajoma, bo cztery ołtarze, ludzie maszerujący za monstrancją, śpiewy i tańce (to ostatnie, to smak Ghany oczywiście). W dni poprzedzające odbył się pochód ze świecami oraz różaniec, a także spotkania z duchownymi.

Można wiec skreślić kilka dni w dzienniku, a za następną kartką ukryła się impreza pożegnalna ks. Piotra, który za kilka dni miał wyruszyć na podbój Polski. Jednak to szczególne pożegnanie dotyczyło zmiany miejsca Jego posługi, gdyż pod ośmiu latach pracy duszpasterskiej w Sunyani, dziś rozpoczyna swoją nową drogę – delegat ds. młodzieży Inspektorii Afryki Zachodniej. Nikt niestety nie liczył, ile osób przekroczyło w ostatnich dniach czerwca progi domu wspólnotowego, by powiedzieć Piotrowi „dziękuję”. Sama usłyszałam tylko jedno zdanie w odpowiedzi „taka nasza praca”.
Jak mówi jednak starosłowiańsko cerkiewne powiedzenie: w przyrodzie nic nie ginie. Tak więc, choć polską ambasadę opuścił w lipcu Piotr i Michał z Ashaiman, do drzwi zapukali dwaj goście. Asia i Gosia postanowiły odwiedzić naszą małą ojczyznę – Sunyani. Zamiast oferować im wycieczki z wykwalifikowanym przewodnikiem, na lotnisku powiedziałyśmy „welcome to Ghana”, a potem przyszedł czas na całą resztę. Natychmiast stały się częścią naszej rodziny, w której chłopaki wciąż uczą się wymawiać te imiona. Są ambitni, więc nic dziwnego, że możemy słyszeć od wczesnych godzin porannych „Asia! Gosia!” – chcą przecież dojść do perfekcji. Przyjazd naszych gości nie tylko zmienił liczbę obroni w okolicy, ale przede wszystkim my pokażemy dziewczynom Ghanę, a One z pewnością otworzą nam oczy na to, co zachwycało jeszcze jedenaście miesięcy temu.

W całym zamieszaniu bagażowym w nasze ręce trafiła jeszcze jedna torba, niby lekka, ale ogromnych rozmiarów. Przez kilka chwil tajemnicą była jej zawartość, jednak Gosia nie czekała zbyt długo – tutaj są gry z Polski! Tak wiec stało się. Pierwsze gry, zabawki i puzzle trafiły do naszego oratorium, a wszystko za sprawą wspaniałych ludzi, którzy odpowiedzieli na naszą akcję „gra dla dziecka na dzień dziecka”. Obie wiemy, że nie uda nam się dotrzeć do każdej osoby, jednak mam nadzieję, że uśmiechy uwiecznione na zdjęciach z oratorium Don Bosco Boys Home, staną się dowodem na to, jak wielkie dobro może przyjść w małym pudełku z grami. Co o tym myślisz?

Uwaga! W Ghanie należy ubierać kalosze i to nie jest żart. Burze nawiedziły nasze miasteczko wielokrotnie; nie raz miałam wrażenie, że nasz kot ma nocne spotkania z piorunami. Połamane drzewa papai są dowodem, że te nie kończą się przyjemnie. Jednak nie w tym rzecz. Chodzi o ryby, pływające w naszym oratorium. Jest ich dziesiątki, a nawet setki. Mają kolor czerwony, pomarańczowy, zielony, niebieski. Są okrągłe, ale i zimne w dotyku, z drugiej strony złapane nie wyślizgują się. Pytasz o nazwę gatunku? Te czerwone do coca – cola, pomarańczowe to fanta, zielone to sprite, a niebieskie star. Nazwy są Ci znane? Dziwiłabym się, gdyby nie. To oczywiście nazwy napojów pitych w Ghanie, a te rybki to kapsle z butelek, które porozrzucane na podłodze służą nam za obiekt łowczy. Pewnego dnia w mojej dłoni znalazł się patyczek i kawałek magnesu, podeszłam do kapsla i stało się jasne, że w następnych tygodniach nauczymy nasze dzieciaki łowić ryby, tudzież kapsle. Wędki były gotowe, staw zbudowany – czas zacząć zabawę.

Czy to byłoby na tyle z naszej wyobraźni? Nie tak szybko. Pamiętasz popołudnie, kiedy w ręku znalazły się noże? Nie, nie było bitwy, raczej wojna (!) z kartonami, które nie dawały się tak łatwo pokroić na małe kawałki. Kiedy jednak okazało się, że szala zwycięstwa przechodzi na naszą stronę, czas było wziąć w rękę pędzel (szpady nie było akurat) i pomalować kartoniki na kolory tęczy. Tym sposobem znalazłyśmy nowe zajęcie dla naszych architektów. Teraz w oratorium powstają kolorowe wieże, ślimaki na podłodze, czasem jeszcze wciąż nieokreślone konstrukcje, ale czy ktoś będzie się tym przejmować? Tylko nasza wyobraźnia.

Od dawna nosiłam się z zamiarem pokazania Ci czegoś: zeszytów Erica i Gabriela. Przecież to z nimi spędzamy najwięcej czasu w ostatnich miesiącach i to właśnie u tych chłopaków tak widoczny jest postęp w edukacji. Gabriel coraz płynniej czyta, robi wszelkie zadania z gramatyki i zaczął brać udział w konkursach z tabliczki mnożenia (które robią furorę wśród chłopaków, albo nagrody. Sama nie wiem). Z kolei Eric, z chłopca który nie potrafił usiedzieć na krześle, stał się pilnym uczniem, znającym dodawanie, odejmowanie, zasady mnożenia, już nie tylko rozpoznaje litery, ale pisze zdania, zna kolory, zapisuje swoje imię i nazwisko. Rośnie nam mały geniusz? Czas pokaże.

Dni coraz mniej, a w głowach jakby coraz więcej pomysłów, które wylewamy w oratorium czy w czasie zajęć z chłopakami. Pojawiające się inicjatywy, pomysły na gry czy techniki uczenia? To tylko na „misji HAND MADE”.
Zegar misyjny zaczął bić coraz szybciej; zostało zaledwie kilkanaście dni do wyjazdu, zajęć z chłopakami, wieczorów filmowych, kilka Eucharystii na ghańskim lądzie, spotkań w oratorium. Jeszcze wschody i zachody słońca, a po ostatnim zachodzie, słońce obudzi nas w domu.

Czy będzie nam trudno wyjechać? Chyba każda z nas odpowie sobie na to, kiedy nadejdzie już ten dzień. Bo czy łatwo opuścić ukochany kraj, by powrócić do ukochanego kraju? W każdym razie „Polak potrafi”.

Z pozdrowieniami od gości naszej polskiej ambasady i od członka honorowego – kota Tygrysa,

Agucha

PS. Uczynił wszystko piękne w swoim czasie (Koh 3,11).

ku Niebu

Kochana Aguchu!

Miesiąc musiałaś czekać na moją odpowiedź. Zatrzymał mnie ciąg wydarzeń, jakby nieprzerwanych, zapoczątkowanych malarią, ale z dużo piękniejszym końcem, o którym zamierzam Ci opowiedzieć. Czas przecież przecieka nam przez palce. Czy wiesz, że za parę tygodni znów ujrzymy naszą polską ziemię? Aż trudno uwierzyć.

Po pierwsze, nim zapomnę, dziękuję Ci za ostatni list i piękny opis Świąt Wielkiej Nocy. To był niesamowity czas, pełen nowych doświadczeń w ghańskiej rzeczywistości. I pomyśleć, że Zmartwychwstanie oznacza wszędzie to samo, a jednak przeżycia mogą być zupełnie nowe.
Tymczasem, pod naszym niebem znów na dobre zawitała pora deszczowa. Kukurydza pod oknem rośnie w takim tempie, że niedługo będzie dla nas jedyną atrakcją do oglądania. Zasłoni wszystko inne swoimi bujnymi zielonymi liśćmi.
Ulewy także dają się we znaki. Szczególnie te nocne, pełne piorunów i podmuchów silnego wiatru. Poduszki z foteli na werandzie fruwają jak na skrzydłach po całym ogrodzie, a nasza wysoka papaja złamała się w pół. Cóż, w przyszłym roku chłopcy będą wspinać się na inne drzewo.

Kiedy pisałaś do mnie ostatnio, w szkołach wciąż trwał strajk. Nie mogłam się nadziwić, jak długo nauczyciele potrafią wytrwać w tym stanie. Niemal dwa miesiące trwał czas zawieszenia, w którym chłopcy wracali do domu po dwóch godzinach w szkole lub po prostu do niej nie szli. Wtedy to wytrwale podążali za planem i uczyli się w Boys Home – rano, po południu i wieczorem. Na szczęście w końcu znów wybiły dzwonki szkolne, ponieważ w takim stanie motywacja stopniowo spadała do zera. Trzeci semestr znacznie się skurczył i tym sposobem, już za trzy tygodnie odbędą się egzaminy końcowe i kolejne, tym razem całkiem długie wakacje.

Pisałaś o naszych ostatnich zajęciach w oratorium. Rzeczywiście, nie tylko Kaczor Donald, ale i Flinstonowie, Tom&Jerry oraz Smerfy na dobre zagościły na kolorowych obrazkach dzieci, przybywających do nas z najdalszych zakątków Sunyani. Pełne rysunków plakaty stają się teraz ozdobą przedsionka naszego domu. Odtąd chłopcy odwiedzający codziennie naszą klinikę, stoją najpierw parę minut i przyglądają się kolejnym dokonaniom rówieśników. Wśród obrazków są także ich dzieła. Szczególnie dwóch najmłodszych – Erica i Gabriela.

Obaj przybyli do Don Bosco Boys Home w tym roku – jeden z najbiedniejszej dzielnicy Sunyani, gdzie żył praktycznie na ulicy, a drugi ze slumsów Temy, przy stolicy Ghany. Ci właśnie dwaj chłopcy stali się stałymi bohaterami naszych poranków. Jako że dopiero od września będą mogli pójść do szkoły, podjęłyśmy się porannych zajęć z nimi. Teraz już tradycyjnie o 7:00 przez nasze okna dobywa się wołanie „Agnes! Ania!” i wtedy wiemy, że pora wstawać. Hitem sezonu okazała się gra w „UNO”,
w którą chłopcy mogliby grać w nieskończoność, toteż rano nie zaczynamy innych zajęć bez rundy
w karty. Dobudzeni po godzinie, możemy zabrać się za coś bardziej skomplikowanego: do akcji wkraczają kolorowe kartki, obrazki, zdjęcia z gazet, plastelina, klej i nożyczki. Po pewnym czasie powstają cuda dziecięcej wyobraźni – różnobarwne rysunki, wyklejanki i kolaże. W przyszłym tygodniu będą papierowe pszczoły, co Ty na to? Eric co prawda ostatnio po raz pierwszy w życiu miał nożyczki w ręce, ale myślę, że się uda.
Na koniec każde arcydzieło musi być własnoręcznie podpisane i przyklejone na ścianę. Energia osiąga już wystarczający poziom, więc – ku mniejszej lub większej uciesze chłopców– zaczynamy codzienną naukę. Eric wciąż ćwiczy pisanie, powoli uczy się, jak czytać, a dodawanie i odejmowanie to już nie problem. Gabriel ma za sobą pierwszą klasę szkoły podstawowej, jest więc na wyższym poziomie. Nie najgorzej radzi sobie z czytaniem, choć wciąż się przed nim broni. Zna podstawy matematyki, dlatego punkt ciężkości spada na gramatykę angielską.
I gdyby nie to, że obaj chłopcy bywają bardzo uparci – pokrzykujący Eric i zamykający się na cały świat Gabriel byliby najpilniejszymi uczniami w Boys Home. Szkoda, że nie zobaczymy ich w szkolnych mundurkach, które włożą na siebie już we wrześniu.

Na koniec chciałabym opowiedzieć Ci o ostatnich, doniosłych wydarzeniach, jakie miały miejsce na naszej placówce. Zaczęło się już jakiś czas temu, gdy w piątkowe popołudnia część chłopców bardziej niż zwykle wsłuchiwało się w katechezę. Kolejne rozmowy i nauki prowadziły do decyzji, że są oni gotowi, by przyjąć chrzest…

Ghana jest domem dla wyznawców wielu religii – są muzułmanie, katolicy, protestanci, ale też wiele wspólnot, które trudno sklasyfikować. Nie wiem, czy słowo sekta jest odpowiednim, ale gdy trzy razy w tygodniu przez całą noc słyszę za oknem krzyki, dudnienie i bliżej niesprecyzowane pieśni z trzech różnych „kościołów”, mam wrażenie, że prawdziwego Boga tam brakuje. Mimo to jednak religijność Ghańczyków jest niezaprzeczalna. W każdą niedzielę zewsząd schodzą się pięknie ubrani ludzie podążający do świątyni. Trzeba jednak pamiętać, że tutaj wciąż głęboko zakorzenione są wierzenia tradycyjne. Tego typu praktyki spotyka się raczej na wsiach, ale pewne przesądy krążą po całej Ghanie. Dwaj nasi chłopcy – Thomas i Peter, pochodzący z północy, musieli na przykład uciekać ze swoich wiosek, ponieważ oskarżono ich o czary. Zostali wyklęci, wykluczeni z lokalnej społeczności. W ten sposób znaleźli się w Don Bosco Boys Home. Inni wychowankowie nie mieli podobnych doświadczeń, ale jednak kontakt z żywą wiarą nie zawsze był praktykowany. Niektórzy musieli ciężko pracować na polu i nie było mowy o kościele, innymi z kolei rodzice się nie przejmowali, walcząc z nałogiem i problemami codzienności. Dlatego też wielu chłopców dopiero tutaj staje przed możliwością życia bliżej Boga.

W zeszłym tygodniu Sunyani odwiedził inspektor prowincji Afryki Zachodniej, ks. Jorge sdb, który zgodził się ochrzcić pięciu naszych wychowanków. Michael jest już na studiach, Joe i Emmanuel chodzą do gimnazjum, a Timothy i Atta są jeszcze w szkole podstawowej. Dzieli ich wszystkich duża różnica wieku, ale połączyło jedno pragnienie.
Przez trzy dni trwały przygotowania, byśmy mogli dobrze przeżyć ten ważny dla nich czas. Chłopcy nawet nauczyli się śpiewać kilka pieśni, pomogli nam zrobić dekoracje, aż nadszedł długo oczekiwany dzień. Ks. Jorge mówił o doniosłości sakramentu, jakiego podejmują się wychowankowie, ale przede wszystkim o pięknie tego, że Bóg przyjmuje ich pod swoje skrzydła i już zawsze będą mogli na nim polegać. Pozostali chłopcy długo ściskali nowo ochrzczonych, ciesząc się i gratulując. Nic dziwnego – w końcu są teraz prawdziwymi braćmi. Bóg zechciał zejść do nas jeszcze niżej i objawić nam swoją łaskę, w serca niewielu zasiał ziarenko, które wiele dobrego przyniesie.
Dziękuję Mu za to, wiesz?

Z uśmiechem,
Ania

PS I rzekł do nich: Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi. /Mt 4,19

Afrykańskie Camino

Kochana Anku!

Mija miesiąc od kiedy otrzymałam od Ciebie list. Wciąż jednak czuję w powietrzu zapach podróży Bonanzą i te niezliczone kilometry dróg, które pokonywaliśmy zmęczonymi już oponami, dyszącym silnikiem i przegrzanymi blachami. Jednak pomimo prób, nie udało mi się zatrzymać czasu, przeleciał przez palce w liczbie trzydziestu już dni.

Chciałabym Ci opowiedzieć o tym, co wydarzyło się w Sunyani w czasie, kiedy do polskich kościołów dzieci, rodzice i dziadkowie biegną święcić pokarmy w koszyczku. Kiedy nocą przy kościołach mrok rozjaśnia ogień paschalny, a śpiochów budzi dźwięk dzwonu obwieszczający zmartwychwstanie naszego Pana! Nie zapomnijmy przecież o tradycjach Poniedziałku Wielkanocnego.

Zacznijmy jednak od początku… Wielkiego Tygodnia.

Niedziela Palmowa to tradycyjna procesja z palmami. Jednak o ile w Polsce rozpropagowana jest tradycja kolorowo ubranych gałązek, tutaj wszystko się zieleni. Ale zieleni się prawdziwą palmą, gdyż tej mamy tu pod dostatkiem. Jednak, kiedy obróciłam się wokół własnej osi, ujrzałam piękne kompozycje, splecione warkocze, układane w różnym kształcie zielone supły. A te arcydzieła wykonane tylko na jednej gałązce, dasz wiarę? Pamiętaj, że błogosławieni, którzy nie widzieli.

Kolejne dni podarowały nam możliwość uczestnictwa w Mszy Krzyżma, która w Polsce celebrowana jest w Wielki Czwartek. Tutaj zapraszani są na ten wyjątkowy wieczór wszyscy księża, bracia, siostry zakonne, a także wierni świeccy. Wszystko po to, by w czasie homilii usłyszeć z ust biskupa słowa, iż każdy z nas jest kapłanem dzieła misyjnego, do jakiego zostaliśmy powołani. Już dwa dni później nastał Wielki Czwartek. Bawiąc się w Sherlock’a Holmes’a poszukiwaliśmy Mszy, która zostanie odprawiona w języku angielskim. Po wykonaniu kilku telefonów i upewnieniu się co do lokalizacji kościoła, wyruszyliśmy wieczorem na Eucharystię. Na próżno nasza radość – pierwsze słowa księdza rozwiały nasze nadzieje, gdyż w głośnikach zabrzmiał dumny język TWI. Pamiętam, że studiowałaś wtedy to niecodzienne sklepienie kościoła Franciszkanów, ja z kolei liczyłam kolumny. Pamiętam, że były niebieskie. Choć język był dla nas niezrozumiały, dzięki obrządkom wspólnym dla całego Kościoła Powszechnego, byliśmy w stanie odkryć szyfr, jakim powinniśmy się zachować w danym momencie. Wielki Piątek nie zwiastował nam lingwistycznej zmiany, jednak nie to było teraz ważne. Całe Sunyani pogrążyło się w żałobie, podążając Drogą Krzyżową ulicami miasta. Tłumy (setki ludzi, jeżeli nie tysiące) wędrowały ubrane na czarno za krzyżem, obok którego szedł biskup i służba liturgiczna odpowiedzialna za prowadzenie rozważań. O godzinie 15.00 wszyscy ponownie zebraliśmy się w ławkach katedry, by rozpocząć adorację. Tym razem jednak z Lectio Divina wyrwał nas głos biskupa. Kazanie było również w języku angielskim, w co nie potrafiłam uwierzyć przez jakieś dwa zdania Jego wypowiedzi. To chyba wystarczyło na cały dzień, gdyż do dziś w uszach odbija mi się pytanie, które nam postawił. „Czy Ty znasz Jezusa, który umarł na krzyżu?”.

Ghańczycy przywiązują wielką wagę do celebrowania pogrzebu, co widać było przez cały dzień, kiedy wielu mieszkańców Sunyani, ubierając się w czarne szaty, a także uczestnicząc w nabożeństwach, oddaje hołd Jezusowi z Nazaretu. Czy nie uważasz, że Polacy powinni się tego nauczyć? Przecież chodziłoby tylko o znalezienie czasu na refleksję i odszukanie odpowiedzi, z jakiego właściwie powodu piekę baby, kroję sałatki i biegnę do kościoła z wymalowanymi pisankami. Ale co do pisanek! Choć w Ghanie brakuje pięknej polskiej tradycji święcenia pokarmów, to przynajmniej pomalowane pisanki, śpiące na rzeżusze udekorowały nasz świąteczny stół. Ale o tym jeszcze nie teraz. Szynka będzie niedługo, bądź tylko cierpliwy Przyjacielu.

Wielka Sobota to Wigilia Paschalna, podczas której radość wręcz wybuchła z chóru salezjańskiej parafii. Choć nie potrafiłyśmy wyśpiewać słów o zmartwychwstaniu, gdyż były w języku TWI, to jednak każdy język może wyznać słowa Alleluja! Jezus pokonał śmierć i strach! Następnego dnia, o poranku nadszedł czas na podbój wioski Adoe. Tym razem zebraliśmy się całym oddziałem wolontariuszy. Razem ze znanym Ci bratem Paolo za kierownicą ruszyliśmy w drogę. Na miejscu przywitała nas madame odpowiedzialna za prowadzenie kościoła i wspólnoty, po czym zaczęła się schodzić katolicka część osady. Nabożeństwo skromne, ale radość? Bogatsza niż w niejednej polskiej parafii. Od małego do najstarszego, wszyscy oddawali się śpiewom, tańcom i krzykom. Ile gardło mogło wyprodukować nowych tonacji. Co do tańca? Nigdy nie będę w stanie powtórzyć tego ghańskiego arcydzieła, tworzącego się przy dźwiękach cymbałów i bębnów. Po uczcie dla ducha przyszła część dla ciała. Na naszym stole zapachniał przecież już żurek z jajkiem, sałatki, sery, szynka i babka wielkanocna, choć nie pieczona w piekarniku, gdyż takiego nie posiadamy.
Tak minęły święta, a od nich jeszcze dwa tygodnie, zanim zobaczyłyśmy naszych rozbójników. W tym czasie ja wędrowałam po kartkach książek do Chin czy Hiszpanii, a Ty pobiegłaś gdzieś do mroźnej Syberii – też pomysły masz. Jednak trudno było też oprzeć się słonej bryzie oceanu, która skrywa poszukiwanego księcia. Myślałam, że znalazłam, ale to była tylko betonowa ryba na środku ronda. Dziś już pozostał na zdjęciach widok pokonywanych kilometrów, zdobytych zamków i fortec, a także podróży w czasie z przewodnikami, opowiadającymi o okrutnej historii niewolnictwa w Afryce Zachodniej. Teraz czekamy, aż z podróży wrócą nauczyciele naszych chłopaków, którzy wciąż wracają ze szkoły, przekazując wiadomość: nauczyciele wciąż strajkują. Zastanawiam się jednak czy ci sami nauczyciele nie spędzają dni i nocy w kolejkach po narodową kartę identyfikacyjną – dowód osobisty, gdyż zarządzeniem rządu każdy mieszkaniec Ghany ma zgłaszać się do punków, w których po złożeniu aplikacji, zrobieniu zdjęcia i odciskając swój palec, ma odczekać kilka miesięcy na swój dokument. W Sunyani pracowników jest siedmiu, mieszkańców prawie dziesięć tysięcy.

Na koniec chciałabym Ci podziękować za ostatnią niedzielę w oratorium. Pomimo drastycznie zwiększonego napływu uczestników, udało nam się okrzesać tłum. I to jak? Wieszając na ścianach znane im obrazki zwierząt i wciskając w dłonie ołówki. Godzinę później mogłyśmy już podziwiać dzieła ghańskich artystów. Tuż obok byłam jednak świadkiem rodzących się architektów, choć okazuje się, że brakuje im materiałów do budowania, w postaci drewnianych klocków (Gra dla dziecka, na dzień dziecka. Dołącz do nas!).  Na koniec tłum zaczął skakać w rytm znanej Waka Waka, a także przytupując za kowbojem Józiem z nowego hitu tanecznego.
Dobrej nocy Anku, pobudka już za kilka godzin, a trzeba wypocząć przed następną wędrówką dnia codziennego na naszym Afrykańskim Camino.

Twoja A.

PS. Ja jestem drogą, prawdą i życiem. (J14,6)

Baby na Wielkanoc

Kochana Anku!

W czasie Świąt Wielkiej Nocy życzę Ci …

Północ tylko z „Bonanzą”

Aguchu Moja!
Piszę do Ciebie już, byś nie zapomniała o ostatnich wydarzeniach, jakie poruszyły niebo i ziemię Ghany, a bardziej wyobraźnię naszych chłopców  z Boys Home.
Wszystko zaczęło się jeszcze na długo przed egzaminami, z którymi zmagają się teraz Trzej Muszkieterowie. Koniec semestru się zbliżał, pomidory w naszym ogrodzie rosły coraz wyżej, a my miałyśmy nieodparte wrażenie, że czegoś jeszcze naszym chłopcom brakuje. Po raz kolejny zasiadłyśmy przed mapą Ghany, dobrze się przyjrzałyśmy i… wybrałyśmy. Jeszcze tylko wstępne ustalenia z resztą załogi, kilka telefonów, aż nadszedł dzień, kiedy to czterdziestu rozbójników miało wsiąść na pokład i ruszyć na północ, do Parku Narodowego Mole.
Tego poranka słońce wstało bardzo wcześnie, a jego żar przeszkadzał w – zwyczajnym już w tej szerokości geograficznej – oczekiwaniu na nasz wehikuł. Aż tu nagle, ok. 9:30, kilku wychowanków zaczęło wykrzykiwać coś pod bramą wjazdową i oto naszym oczom ukazał się ON – szkolny autobus marki Mercedes Benz, rocznik na oko ’26, o nielicznych zadrapaniach na swojej śnieżno – białej karoserii i żelaznym bagażniku na dachu. „Bonanza”, jak trafnie go określiłaś, zajechał pod nasze drzwi ku niemałej uciesze chłopców. Spojrzałyśmy na siebie z szerokim uśmiechem na twarzy i chyba nikt inny poza naszym dyrektorem nie dostrzegł komizmu sytuacji. Radość trwała, ponieważ liczba pasażerów nieznacznie przekraczała ilość miejsc, ale i pod tym względem w Ghanie nie ma nic niemożliwego. Nasi wychowankowie, ubrani w najlepsze, kościelne rzekłabym stroje, rzucili się więc na fotele i zaczęli śpiewać piosenki. Wsiadłam ostatnia, zajmując miejsce na przedzie obok Ciebie i małomównego pana kierowcy, zamknęłam za sobą drzwi i ruszyliśmy!
Przed nami było ok. 290 km w największym słońcu, ale wiatr dmuchający przez szeroko otwarte okna poczciwej Bonanzy  nie pozwalał odczuć, że im dalej na północ, tym wyższa temperatura. Pierwszy odcinek przebiegał bez zakłóceń. Zatrzymaliśmy się w Kintampo, słynącego z wodospadów, o których już kiedyś Ci wspominałam. Tam tylko fufu, kurczak z ryżem i zakup zapasu wody, by dalej mknąć na północ. Region Północny, oddzielony od naszego Brong Ahafo rzeką – Czarną Voltą, powitał nas jak zawsze okrągłymi chatkami w niezliczonych, mijanych przez nas wioskach. Tam susza wciąż jeszcze daje się we znaki. Podobno widzieliśmy też pana prezydenta, który rzekomo mijał nas w jednym z trzydziestu czarnych luksusowych samochodów, które minęły nas na drodze, alarmując swoją obecność. Zatrzymaliśmy się więc posłusznie na poboczu i oczekiwaliśmy. Jako że zza przyciemnionych szyb niewiele można było dojrzeć, szybko zapomnieliśmy o tym spotkaniu, zbliżając się do rozwidlenia drogi, która miała poprowadzić nas już prosto do celu. Ok. 80 km od parku, skręciliśmy  w lewo na wyboistą drogę, która miała okazać się najtrudniejszym odcinkiem naszej przeprawy. Szlachetny asfalt skończył się, a przed nami rozciągała się tylko długa, czerwona ziemia o niezliczonych pagórkach. Początkowo podeszliśmy do tego wyzwania optymistycznie. W końcu to tylko krótki odcinek, może za chwilę coś się odmieni… Niewzruszony kierowca Bonanzy świetnie dawał sobie radę, a nawet śmiał się z mojej wystraszonej miny, gdy autobus przechylał się niebezpiecznie w jedną stronę. Po godzinie jednak wszyscy zaczęliśmy się niecierpliwić. Bonanza trzęsła się, jakby zaraz miała rozkraczyć się na środku drogi, a prędkość nie przekraczała 30 km/h. Minęła kolejna godzina, zaczęło się ściemniać, a parku nie było ani śladu. Dopiero po trzech godzinach, od kiedy wjechaliśmy na wertepy, po 18:00 dotarliśmy wreszcie do celu. Było już ciemno i niewiele mogliśmy dostrzec, ale w pełni radości zasiedliśmy do kolacji pod gołym niebem. Uśmiech tym większy, gdy spojrzałyśmy w górę. Wiem, że się ze mną zgodzisz – niebo na północy Ghany jest najpiękniejsze. Morze gwiazd zachwycało i okrywało cieniem rozgrzaną po całym dniu ziemię. Tej nocy, choć w dość wymagających warunkach, zasnęłam spokojnie.
Poranek miał powitać nas nowymi wyzwaniami. Jeszcze bez śniadania, o 6:30 zebraliśmy 40 rozbójników do punktu informacyjnego, przy którym czekał już na nas strażnik ze strzelbą, zawieszoną na ramieniu, zapraszający do wycieczki w głąb gęstego lasu. Dopiero w tym momencie, zupełnie nieoczekiwanie, Bonanza okazała się nieoceniona: strażnik wskoczył na jej dach, zachęcając, byśmy zrobili to samo. Już zapomniałam, że czekał tam żelazny bagażnik, którego z łatwością mogliśmy się trzymać podczas jazdy. Tak oto wyruszyła nasza ekspedycja, rodem z National Geographic, gdy chwyciłam za Twój aparat i wspólnie zaczęliśmy wypatrywać zwierząt.
Park Narodowy Mole powstał dopiero w latach siedemdziesiątych XX wieku. Przez poprzednie stulecia był doskonałym terenem łowów – rajem dla kłusowników, ze względu na niezwykłe bogactwo zwierząt, na obszarze ponad 4500 km2. Dopiero pierwszy prezydent niepodległej Ghany – Kwame Nkrumah – w 1957 r. zadeklarował, że odtąd teren ten będzie chroniony. W roku 1971 został on uznany za Park Narodowy.
W Parku znajdują się setki gatunków zwierząt, z czego największą popularnością cieszą się antylopy, małpy, bawoły, guźce i oczywiście słonie. Tych ostatnich jest już coraz mniej. W ostatnich latach liczba słoni drastycznie spadła z 600 do 400, a będzie ich jeszcze mniej. Jako główną przyczynę, wciąż niestety podaje się kłusownictwo.
Tak więc tamtego poranka nasz cel był jasny – każde zwierzę będzie atrakcją, ale poszukiwać będziemy słoni. Naszym oczom pojawiło się wnet kilka małp przebiegających przez drogę. Dużo radości sprawiało obserwowanie zwinnych antylop, z których naliczyliśmy cztery różne gatunki. W górze królowały piękne ptaki, majestatycznie wznoszące się ku niebu, a krajobraz nizinny zdominowany został przez znanego wszystkim Pumbę z „Króla Lwa”, którego liczba mnoga przebiegała nam tuż przed kołami Bonanzy. Ich zabawnej grzywce na grzbietach mogliśmy się przyjrzeć lepiej podczas obiadu, kiedy to bezpretensjonalnie przechadzały się dwa metry obok między drzewami, czekając pewnie na resztki jedzenia. Jeszcze bardziej bezczelne okazały się małpy, które swoimi długimi łapami sięgały niemal naszego stołu.
Po dwóch godzinach porannej przejażdżki wróciliśmy z powrotem, niestety jeszcze bez widoku słonia w pamięci. Strażnik obiecał nam, że w ciągu dnia rozejrzy się po parku i da nam znać, gdy coś dostrzeże. Ok. 16:00 ruszyliśmy ponownie z nadzieją, że osiągniemy zamierzony cel. Od ostatniego roku, jak dowiedzieliśmy się podczas wykładu w Parku, słoni nie widuje się tak często. Powodem był największy od 20 lat deszcz jaki spadł dokładnie rok temu. Ponoć woda wciąż jeszcze pokrywa niektóre tereny, toteż słonie nie przechadzają się po lesie w jej poszukiwaniu.
W pewnym momencie strażnik dał nam sygnał, byśmy się zatrzymali. Opuściliśmy więc Bonanzę i zeszliśmy parę metrów do płynącego nieopodal szerokiego strumienia. Strażnik miał przeczucie, że słonie są w pobliżu. Ruszyliśmy więc w ślad za nim, w zupełnym milczeniu – jakiego nie widziałam chyba nigdy u naszych wychowanków – by wdrapać się na wieżę wartowniczą i obejrzeć teren. Nagle, w oddali ujrzeliśmy poruszające się niewielkie drzewo. Zaczęła się ekscytacja, a ja nie mogłam zrozumieć, co się dzieje. Po chwili jednak zobaczyłam dwa wielkie szare wachlarze, atakujące zielone drzewo, a były to uszy SŁONIA! Jeszcze tylko chwila i była też trąba, cztery ciężkie łapy i wielki tułów. Podobno słonie jedzą przez 18 godzin na dobę, ok. 400 kg zielska dziennie, a resztę czasu odpoczywają. To jest życie! Co zabawne, te największe zwierzęta lądowe świata, są drugimi najszybszymi na pewnym odcinku w Afryce – zaraz za gepardami. Dwie rzeczy, których nigdy nie zrobią to skakanie i położenie się na grzbiecie, które groziłoby złamaniem kręgosłupa. Wiadomości te, rodem z Animal Planet, nabrały szczególnego znaczenia, gdy mogliśmy zobaczyć na żywo ten wielki – dosłownie – symbol Afryki.
Szczęśliwi i zmęczeni wróciliśmy, by zasnąć spokojnie, a rano ruszyć w drogę powrotną. Tym razem miało być z górki, bo kierowca obrał drogę w przeciwnym kierunku, by ścianą zachodnią dotrzeć do naszego Sunyani.
Po drodze zobaczyliśmy jeszcze najstarszy meczet w Ghanie i w Zachodniej Afryce, mieszczący się z Larabanga – niewielkiej muzułmańskiej wiosce. Powstał w 1693 roku, a jego niespotykany kształt ponoć zawdzięcza się pierwowzorom z Sudanu.
Rzeczywiście, wyboista droga w stronę powrotną była znacznie krótsza i w niedługim czasie znaleźliśmy się na „autostradzie” do regionu Brong Ahafo. Klimat zmieniał się z każdą godziną, ale nie to siedziało cały czas w mojej głowie. Od tej strony Ghana graniczy przecież z Wybrzeżem Kości Słoniowej. Niełatwo jest się uśmiechać, gdy za oknem toczy się wojna…
Wszystko byłoby dobrze jednak, ale Bonanza najwyraźniej nie zdążyła nam jeszcze dać w kość. Gdy wjechaliśmy do Wenchi, oddalonego o godzinę od Sunyani, w powietrzu dało się odczuć dziwny zapach. W jednej chwili kierowca skręcił do warsztatu samochodowego i zaczął wołać, żebyśmy wysiedli. Rozbójnicy, niewiele myśląc, zaczęli wyskakiwać przez okno, by dopiero potem przekonać się co się stało: nasz rozklekotany wehikuł nie wytrzymał presji i cóż – spaliło się łożysko w jednym kole. Po raz kolejny, z rozbawieniem mogliśmy obserwować 15 mężczyzn, z których dwóch może naprawiało maszynę… coca colą. Całe szczęście, że stałam pod drzewem, gdy lunął obfity deszcz…
Z pozdrowieniami,
A.
PS Uczynił wszystko pięknie w swoim czasie. / Koh 3,11

Trzej Muszkieterowie

Przyjacielu!

Spieszę Ci z odpisaniem na list, gdyż w ostatnich dniach sprawy nabrały zupełnie innego obrotu. Otóż nauczyciele, po wielu spotkaniach i demonstracjach, a także negocjacjach z rządem Ghany postanowili wrócić do szkół. Dzięki tym decyzjom nasi chłopacy, jak i wiele tysięcy uczniów w kraju nie utraciło możliwości napisania egzaminów semestralnych, które są niezbędnym elementem weryfikacji ocen. Z przymusowych wakacji, nasz dzień stał się pościgiem za wiedzą – nasi chłopcy wkładają wiele wysiłku, by wyniki w raportach były jak najwyższe. Dziś chociażby przybiegł do mnie Kojo, by zaimponować mi swoimi wynikami. Wiesz, że test z angielskiego napisał na 80%? Zachwycające, gdyż do szkoły chodzi zaledwie od lutego.
Jak myślisz, jeżeli egzaminy semestralne naszym rozbójnikom jawią się jak nocne koszmary, co nasza najstarsza trójka myśli o nadchodzących egzaminach końcowych? Tak. Już za kilka dni Richard, Prince i Felix podejdą do pisania sprawdzianu swojej wiedzy, który weryfikuje do jakiej szkoły średniej albo technikum będą mogli pójść już w październiku. Cały system, którego teraz obie jesteśmy obserwatorami, niewiele różni się od tego, w którym same uczestniczyłyśmy, będąc jeszcze w gimnazjum: egzaminy, wyniki, wybór liceum, czekanie na wyniki, porażki lub zwycięstwa.
Wiesz Anku? Bardzo lubię ostatnimi czasy nasze wieczorne słówka, które mamy tuż po modlitwie, ponieważ prowadzą je sami chłopacy. Każdego dnia jeden z wychowanków opowiada o swojej rodzinie – jak się nazywają rodzice, rodzeństwo, gdzie mieszkają. Zdradzają też swoje ulubione zajęcia (choć po kilku dniach w Don Bosco Boys Home nie trudno o takie odkrycia), a także czego nie lubią. Ostatni punkt w czasie ich prezentacji wprowadza zawsze wszechobecny pomruk wśród słuchaczy i nieśmiałość u mówiącego. Wtedy mówią o tym, kim chcą zostać w przyszłości. Kiedy ich słucham, zamykam oczy i wyobrażam sobie, że za kilka lat usiądę w tym samym miejscu wśród wybitnych piłkarzy, bankierów, pilotów, muzyków i artystów (tych mamy najwięcej).
Najbliżej do tych planów mają nasi trzej muszkieterowie, którzy już za kilka dni podejdą do walki z zadaniami z matematyki, angielskiego, wiedzy o społeczeństwie. Z racji, że mówimy o szkole, zamiast szabli, w kieszeniach ukryją ołówki, długopisy, linijki i gumki do mazania. O ich zwycięstwie nie powie nam liczba poległych przeciwników, a procent poprawnie rozwiązanych zadań. Jedyne co się w ostatnim zgadza – im wyższa, tym lepsza.

Pierwszy muszkieter, to nie Atos a Richard. Z trójki chłopaków, kończących Junior High School jest najstarszy. Ma sześcioro rodzeństwa, a jego rodzice od wielu lat już nie żyją razem. Gdy był mały trafił na ulice Akry, skąd (dzięki pewnemu Salezjaninowi) trafił do Don Bosco Boys Home. Jego marzeniem jest zostać przewodnikiem turystycznym, gdyż bardzo interesuje go geografia. Jest do tego dobrym mówcą, kiedy zacznie mówić, nigdy nie wiesz, kiedy spodziewać się końca. Powinnaś to zapamiętać Anku, bo choć sama znasz już wiele ścieżek w Ghanie, to przewodnika w tym kraju ze świecą szukać, albo w Don Bosco Boys Home.

Kolejny, według wieku, to Felix. Wychował się w Techiman, wśród szóstki swojego rodzeństwa. Niestety jego rodzice również nie żyją razem. Jego plan na przyszłość to zostać lekarzem. Jest bardzo ambitnym i sumiennym uczniem, więc ma duże szanse zrealizować swoje marzenie. Podczas jednego z wieczorów powiedział, że lubi pajacować, ale już być pajacem niekoniecznie. Chciałabym jeszcze Ci przypomnieć, że to właśnie Felix był naszym pierwszym pacjentem Wydziału Medycyny Diagnostycznej ze złamanym sercem.

Ostatnim z grupy, choć nie Aramisem, jest Prince. Pochodzi z Techiman. Do Don Bosco Boys Home trafił po śmierci swojego taty. Choć jednym z jego ulubionych zajęć jest gra w piłkę nożną, to marzenia skierował za biurko – chciałby pracować jako bankier. Tych instytucji w Ghanie jest coraz więcej, jak grzybów wręcz bo obfitym deszczu, więc miejmy nadzieję, że w jednym z nich czeka miejsce dla naszego księcia z Boys Home. Gra na bębnie, uwielbia tańczyć i urodzony z niego artysta.

Tak więc oto ich trzech i egzamin. Już w poniedziałek, przyszłego tygodnia, kiedy pozostali mieszkańcy Don Bosco Boys Home będą cieszyć się końcem semestru (tak, to już ten czas), Ci staną do walki testami, mając za oręż nagromadzoną przez wszystkie lata wiedzę i dobrze wyposażony piórnik.

Pamiętam, kiedy pisałam maturę, dość często odbijało się w moich uszach „połamania pióra”. Chyba wolałabym, by jednak nic się nie łamało, bo jak potem dokończyć wypełnianie karty odpowiedzi?

Na dziś kończę drogi Przyjacielu, gdyż jak Ci dobrze wiadomo, nasza rodzina powiększyła się o kolejnego chłopca, którego ulubionym przedmiotem jest matematyka. Mam więc z nim jeszcze wiele rachunków do zrobienia.

Pamiętaj, by podrapać ode mnie słonia za uchem.

Twoja A.

PS. Mądrość jest wspaniała i nie więdnie, Ci łatwo ją dostrzegą, którzy jej szukają[…] Kto dla niej wstaje o świcie, ten się nie natrudzi, znajdzie ją bowiem siedzącą u drzwi swoich (Mdr 6,12-14)

Edukacji STOP!

Kochana Aguchu!
Piszę do Ciebie po tak długim czasie, za co najmocniej przepraszam. Dni płynące tak szybko, nasza maratonowa praca aż do nieoczekiwanych wakacji – wszystko to zdarzyło się od kiedy pisałaś do mnie ostatnio. Jeszcze pamiętam, jak wspominałaś o początkach silnie wiejącego z nad Sahary harmatanu, a teraz już na powrót świat wokół przybrał barwę zieleni. Co prawda nasze 35
stopni Celsjusza nie ustępuje, ale i burze potężne odwiedzają nas coraz częściej. Chwała Bogu!
Czas upłynął, ale ja wciąż nie mogę zapomnieć jednego niezwykłego, lutowego dnia, kiedy to obchodziliśmy moje urodziny. Nie byłoby się czym chwalić, gdyby nie fakt, że ten niepozorny dzień zwykle witał mnie gęstym mrozem i śniegiem, często w górskim krajobrazie. Tym razem… na niebie zaświeciło mocne słońce. To było piękne, wiesz? Poranna niedzielna Msza Św., odśpiewane dla mnie przez chłopców „sto lat!”, a zaraz potem ghańskiej tradycji stało się zadość: zostałam doszczętnie zlana wodą. Wiaderka, miski, kubki, butelki i innego rodzaju wodna amunicja wylądowała na mojej głowie ku niemałej uciesze atakujących. Cóż, chłopcy mieli frajdę, a ja nie żałowałam, że zima omija tę szerokość geograficzną. Kolejną niespodziankę zafundowali mi gospodarze oratorium. Pamiętasz to odśpiewywane dla Ciebie cienkim głosikiem „happy birthday” w listopadzie? Tym razem i ja usłyszałam nasz dziewczęcy chórek i ok. 200 uśmiechniętych dzieci, które wyrażało radość. Że jestem. To najpiękniejszy prezent, jaki mogłam dostać.
Tymczasem w oratorium ostatnio wiele się dzieje. Lutowy konkurs rysunkowy pod hasłem „Kim chcę zostać w przyszłości?” wyłonił mnóstwo talentów. Dzieci zaskakiwały techniką, kolorami, ale i wyobraźnią przedstawianych przez siebie zawodów. Był policjant, nauczycielka, lekarz, sprzedawca, bankier, rolnik, a nawet lotnik. Każde dziecko mówiło potem, dlaczego wybrało tę właśnie profesję. Widać, że wiele z nich myśli o pomocy swojej rodzinie, o rozwoju kraju czy ratowaniu ludzi, ale mnie podobały się także odpowiedzi z cyklu zabawnych, np. „Chcę zostać policjantem, bo zdaje się, że to frajda.” lub „Chcę być astronautą, by móc oglądać pogodę.” Urocze.
Ostatni konkurs również cieszył się niemałym powodzeniem. „Puzzle competition” – pod takim hasłem zebrałyśmy ok. 20 dzieci, które mierzyły się z dwoma poziomami trudności układanych puzzli. Przyznam, że gra ta robi zawrotną karierę nie tylko w oratorium, ale i na naszych kuchennym stole, wciąż zawalonym setkami płaskich kartoników.  Dzieci także bawiły się świetnie. Radziły sobie w różnym stopniu, ale przy drobnych wskazówkach, potrafiły ułożyć cały bajkowy rysunek. A Ty kiedy skończysz te francuskie Alpy? Spokojnie, masz jeszcze parę miesięcy…
Z oratoryjnych wieści porusza tylko fakt, że nasze Zongo stoi puste. Teren szkoły nie został nam przydzielony, a wyprawy w głąb muzułmańskiego świata tysiąca dzieci zdarzają się ostatnio coraz rzadziej. Tęskno za tym. A Tobie?
Wiem, ze tak. Wiem jednak także, że w ostatnim miesiącu pochłonęły nas dodatkowe obowiązki. Tak to jest, gdy rodzina się powiększa…
Zaczęło się pewnego piątkowego popołudnia, gdy na naszym podwórku pojawił się samochód z piątką chłopców. Siostry zakonne, pracujące w Kumasi,  od których wzięliśmy już wielu wychowanków, poprosiły o przygarnięcie kolejnych kilku. Pamiętam, jak zastanawiałyśmy się , w jakim będą wieku, jak bałyśmy się, że nie poradzimy sobie z najmłodszymi. Gdy zobaczyłam piątkę chłopców, niewiele wystających powyżej mojego pasa, pomyślałam niepewnie „no to będzie wesoło”. Z biegiem dni, okazało się jednak, że Opatrzność wyraźnie nad nami czuwa. W pierwszych tygodniach chłopcy nie chodzili do szkoły, a naszym zadaniem było stwierdzenie poziomu ich umiejętności i zapału do nauki, o który akurat nie jest łatwo. Teraz miałyśmy zdwojoną pracę poranną, bowiem wciąż jeszcze trzeba było zajmować się nowymi – Emmą i Eric’iem. Codzienne lekcje z matematyki i angielskiego pokazały jednak, że nasza „piątka z Kumasi” to bardzo grzeczni i staranni chłopcy. Wręcz zaczęłyśmy – słusznie – się obawiać, że reszta wychowanków Boys Home sprowadzi ich na złą drogę. Michael (który poszedł do piątej klasy) i Kwame(który trafił do trzeciej) pokazali rogi po dwóch tygodniach i zdarza im się zapominać o swoich obowiązkach czy posłuszeństwie. Emma, będący w klasie czwartej, okazał się być bardzo obowiązkowy. Przez pierwsze dni, każdego wieczoru siadałam z nim do lektury książek. Wciąż ma problemy z czytaniem, a jednak jego upór mi zaimponował. Powiedział, że zamierza czytać codziennie, by być coraz lepszym. Piękne. Pozostali dwaj chłopcy także nie sprawiają większych problemów. Issac jest bardzo cichy. Nie zna dobrze angielskiego, a mimo to uczęszcza  teraz do trzeciej klasy. Nie wszystko rozumie, ale zawsze starannie odrabia zadania. Poza tym pięknie rysuje. John, czy raczej w ghańskiej wersji – Kojo, jest najmniejszy. Jego wysłaliśmy do drugiej klasy, w której na pewno świetnie sobie radzi. Jest bardzo bystry i wiele w nim uporu, by osiągnąć to, czego chce. Ostatnio zasiadł nawet ze starszymi do konkursu z tabliczki mnożenia, który co tydzień im organizujesz, i nie zważał na to, że jeszcze wiele nie umie. Stara się i wiem, że wiele dobrego z tego przyjdzie.
Taka to nasza nowa gromadka. Najważniejsze jest to, że szybko przyzwyczaili się do nowego środowiska. Pozostali chłopcy przyjęli ich dobrze i chociaż wielu z nich ma bardzo ciężkie przeżycia z niedalekiej przeszłości – pijaństwo czy śmierć rodziców, brak opieki nad nimi – to jednak na co dzień uśmiechają się szeroko i nie okazują słabości. Silne te nasze dzieci, prawda?
Tak też mijały ostatnie tygodnie wytężonej pracy, które – musze wspomnieć – ubarwiłyśmy chwilowym odpoczynkiem w dwóch przepięknych miejscach. Najpierw była to wyprawa nad przepiękne jezioro Bosomtwi, malowniczo położone godzinę drogi  na południowy wschód od Kumasi. Nie będę wspominać, że nasze dotarcie tam poprzedziła najstraszliwsza burza, jaką kiedykolwiek przeżyłam, bo finał był niezwykle szczęśliwy. Wokół zielone wzgórza, cisza, spokój, słońce i radość. Ghańskie krajobrazy to naprawdę coś, co zapiera mi dech w piersiach.
Ostatni weekend był na to kolejnym dowodem. Razem z innymi wolontariuszami i x Piotrem, wybraliśmy się na jednodniową wycieczkę rekolekcyjną. Rankiem powitało nas Krosto Buase – miejsce, w którym znajduje się klasztor benedyktyński. Zalesiony teren i olbrzymie głazy, wznoszące się dookoła, przywiodły Cię do jednej myśli: to taki ghański Tyniec. Msza Św. pod skalnym zadaszeniem, chwila skupienia, a potem piesza wędrówka na szczyt otaczających głazów były dla mnie wielkim przeżyciem, choć miejsce to miałam szczęście widzieć po raz drugi.
Potem jeszcze niezwykła wyprawa do „sanktuarium małp” – olbrzymiego lasu, gdzie karmiliśmy małpy, spadające nam z gałęzi oraz wodospad w Kintampo – dopełniły nasz dzień odpoczynku.
Wszystko płynęłoby więc pięknie własnym codziennym torem, gdyby nie dzień niepodległości Ghany, który obchodziliśmy 6 marca. Choć to niedawno, pamiętam ten dzień, jak przez mgłę, bo przytomność umysłu przysłaniała mi malaria, ale Ty wybrałaś się z naszą czterdziestką chłopców na basen.  Opowiadałaś, jak dobrze się bawili, choć przyznać to trzeba – Ghańczycy pływać nie potrafią, więc bałaś się o ich wygłupy. Dobrze jednak, że cieszyli się dniem, bo w kolejnym tygodniu zaczęło się coś nieoczekiwanego.
We wtorek, a było to dwa tygodnie temu,  chłopcy przyszli po dwóch godzinach ze szkoły i pewne było, że coś się święci. Szybko odpowiedzieli na nasze domysły: nauczyciele ogłosili strajk! Odtąd każdy dzień stał się niepewny – wrócą jutro do szkoły czy nie wrócą? Po dwóch dniach było jasne, że nauczyciele nie mają najmniejszego zamiaru pokazać się w klasach, dopóki rząd nie podwyższy pensji o 30%. Podobno obiecał im przed wyborami 15%, czego oczywiście nie spełnił. Sytuacja całkiem  - niestety – naturalna także i w Polsce, a jednak tutaj ludzie mocno się zawzięli. Każdego dnia w radio ogłaszali, że szkoły nie zaczną pracować, dopóki nauczyciele nie zobaczą pieniędzy. Ta absurdalna sytuacja sprawiła, że tydzień temu musieliśmy odesłać chłopców na „przymusowe wakacje”. Czwartkowego poranka wsiadłaś do autobusu z dwunastką najmłodszych i wyruszyłaś z powrotem do Kumasi. Mimo, że chłopcy cieszyli się z obrotu sytuacji wiem, że niełatwo było im zostać u sióstr, które opiekują się nimi z całą miłością, ale nie mają tak wielu możliwości zorganizowania im czasu. Dom ten opiekuje się wieloma chorymi i niepełnosprawnymi– nie tylko dziećmi, ale i dorosłymi. Zdaje się być trudnym miejscem, co widać zawsze po minach naszych wychowanków, gdy wygląda się zza szyby odjeżdżającego samochodu.
Don Bosco Boys Home opustoszał więc na moment, choć z nadzieją patrzę w przyszłość, bo z radio już słychać głosy, że w poniedziałek nauczyciele wracają do szkół. Bądźmy dobrej myśli.
Z pozdrowieniami,
Twoja A.
PS …tak slowo, ktore wychodzi z ust moich nie wraca do Mnie bezowocnie, zanim wpierw nie dokona tego, co chcialem, i nie spelni pomyslnie swego poslannictwa.  /Iz 55,11

Partnerzy

Polska Pomoc
Obrazek
ObrazekAnna Łożyńska
ObrazekAgnieszka Mazur